Spotkanie z jadowitym wężem






  Miało to miejsce 14 lutego około godziny 16.30, kiedy już szczęśliwi zakończyliśmy ostatni objazd w wiosce Shuar – Lagunas. Po skończonej Mszy świętej zapakowałem liturgiczne naczynia do plecaka, jeszcze wymieniłem parę zdań z katechetą i pożegnawszy się z wszystkimi wiernymi ze wspólnoty Lagunas, wraz z naszym gościem Heleną Mamcarz z Zakopanego udaliśmy się w stronę łódki. Za nami kroczył, jak dobry duch, mieszkaniec Heroes del Condor (pewien wdowiec) o nazwisku Tupikija i Sergio - katecheta z ostatniej miejscowości Lagunas. Zeszliśmy ze skarpy, przekroczyliśmy mostek i weszliśmy na szeroką błotnistą drogę prowadzącą do rzeki.
  Z obu stron drogi rosną rośliny stanowiące szeroki, aczkolwiek bardzo gęsty parawan zieleni prawie metrowej wysokości aż do przystani rzecznej. A po środku jak zwykle błoto, w które człowiek się zapada, po kostki a w niektórych miejscach po kolana. Po kilku krokach w takim błocie, już się jest nim oblepiony nie tylko na gumowcach. Wyjątkowo wtedy miałem jeszcze kijki (Nordic walking). Szedłem pierwszy.
  Po przejściu pierwszych 50 metrów zbliżyłem się do tego parawanu zieleni, by już więcej nie zapadać się w błoto. Przy zrobieniu kilku kroków uważnie patrząc gdzie stąpam, zauważyłem, że coś wysunęło się z zarośli, i przeszło między moimi nogami i kijkami. Natychmiast się wycofałem i zatrzymałem. Wąż wypełzł całkowicie na środek drogi, uniósł głowę i znieruchomiał. Dopiero z odległości 2-3 metrów zobaczyłem węża w całej okazałości. Był to osobnik długości 1,5 metra. Krzyknąłem natychmiast: CULEBRA! WĄŻ! Za mną szła Helena, Tupikija z Heroes del Condor i katecheta z Lagunas. Usłyszałem szybkie zapytanie: Donde Padrecito? Donde? (gdzie ojcze? gdzie?). Wskazałem na miejsce jego zatrzymania. Helena zaskoczona moim krzykiem i zza moich pleców próbowała zobaczyć i dowiedzieć, co się stało. Wyjaśniłem, że mamy na drodze węża. Nie wiedziałem, czy jest jadowity (no bo skąd?), a jeszcze miałem ochotę zrobić mu filmik, zdjęcie, ale na chwilę się zreflektowałem. Dopiero szybkie działanie Indian Shuar, a szczególnie wyjaśnienie katechety uprzytomniło mi, że mamy przed sobą: culebra que mata la persona (wąż który zabija ludzi), czyli najbardziej znaną tutaj w Amazonii jako hoja podrida.
  Sprawy potem potoczyły się bardzo szybko. Indianie zrobili to co zwykle robią w takich sytuacjach….wystarczyło szybko uciąć bambusowy pal i….. Za niespełna kilka chwil unieśli ją na kiju i tak trzymając zanieśli na brzeg rzeki. Tam dokonali ostatniego aktu… Potem martwa popłynęła z rwącym prądem rzeki.
  To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie było za wiele miejsca na refleksję typu: dlaczego mnie nie ukąsiła, dlaczego znieruchomiała na samym środku drogi gdzie pozostała bezbronna….. i czy można było postąpić z nią inaczej …
Ale zrozumiałem, że królestwo Indian i królestwo świata zwierząt w Amazonii wzajemnie się nachodzą, przecinają i że człowiek nie zawsze wychodzi z tych spotkań „zwycięsko” jak było tym razem….
  W ciągu zaledwie czterech miesięcy zobaczyłem dwukrotnie czarną pumę dumnie kroczącą przez selwę zaledwie 10 metrów przede mną i raz 1,5 m jadowitego węża… który przemknął między moimi nogami…


Pozdrawiam,


o. Emil


PS. Indianie wyjaśnili mi, że spotkany wąż był młodym osobnikiem, gdyż może osiągać długość do 2,5 metra. Nie atakuje od razu, bo węże są zazwyczaj powolne w tej sztuce obrony. Jednak pojawienie się jego na otwartej ścieżce stanowi zagrożenie dla dzieci i wszystkich mieszkańców, którzy korzystają z tej jedynej szerokiej błotnistej „ścieżki” do rzeki. Po wielu wyjaśnieniach zrozumiałem, że moim szczęściem było to, że go po prostu nie nadepnąłem…




















WYBIERZ JĘZYK STRONY

Służyć Chrystusowi to wolność.

Św. Jan Paweł II


WOLONTARIAT MISYJNY

POLUB NAS NA FACEBOOK'U

Najchętniej czytane

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

ZATANKUJ